
(Czytasz na własna odpowiedzialność 18+)
Lilianna Kurzawa, lat 67, cierpiała od dłuższego czasu na artretyzm i moczogłowie. W czasie powtarzających się ataków choroby zazwyczaj zwracała się o pomoc do lokalnej przychodni zdrowia przy ul. Myślibowskiej w Kazimierzu Górnym. O tym, jak niebezpieczna była wizyta u lekarza-erotomana, przeczytacie w dalszej częścia artykułu. Lilianna Kurzawa tradycyjnie zareagowała na zmianę ciśnienia atmosferycznego napadem duszności i wysiękiem moczu z nosa. To smutna pozostałość po pracy w szkodliwych warunkach przy budowie Nowej Huty i Domu Partii, kiedy to Kurzawa cieła nożyczkami rakotwórcze maty z azbestu. Mało kto wie, że Dom Partii pełen był fruwających skrawków azbestu, jeden z nich wpadł do oka generałowi Jaruzelskiemu powodując nieprzyjemne mrowienie. Był to efekt nieróbstwa 17-letniej wówczas Lilianny Kurzawy, która zamiast dobrze pracować wolała dawać dupy milicjantom pilnującym budowy. Pół wieku później, Kurzawa była schorowana i zdesperowana. - Komuniści to chuje - mawiała z przekonaniem, ale w przypadku kłopotów ze zdrowiem powoli dreptała do państwowej przychodni zdrowia przy ulicy Myśliborskiej. Tam właśnie zdarzyła się jej ostatnio zadziwiająca przygoda doktorem Kazimierzem W. - lekarzem pierwszego kontaktu. Doktor W., nazwijmy go w skrócie W., kazał Liliannie rozebrać się za parawanikiem, aby zbadać jej ciśnienie krwi. Już samo to dziwne polecenie wydało się Liliannie dziwne. - Dlaczego, kurwa, kazał mi się rozebrać? - pyta retorycznie w rozmowie z dziennikarzem "Naszego Dziennika". Odpowiedź przyniosły następujące, zadziwiające wydarzenia. Otóż W. postanowił zmierzyć Kurzawie temperaturę. Ponieważ bujne owłosienie pachowe naszej bohaterki zapewniało pełną termoizolację, W. postanowił zmierzyć jej temperaturę w tej części ciała, która niegdyś używana była do baraszkowania z milicjantami. Stąd polecenie rozebrania się do rosołu, a następnie umieszczenie zdecydowanym ruchem termometru w pochwie pacjentki. - Nasi lekarze powinni konsultować z pacjentami metody badania - potwierdza magister budownictwa Jan Rosłoń z Mazowieckiej Kasy Chorych. - Zachowanie doktora W. było zgodne z naszą metodologią, winno być jednak poprzedzone zgodą pacjentki. Niestety, wskutek niezrozumienia intencji lekarza pacjentka próbowała uciekać z przychodni, nago i z termometrem w pochwie. Dopiero pęknięcie instrumentu i zakażenie krwioobiegu rtęcią zatrzymało panią Kurzawę. Z przykrością muszę potwierdzić, że zmarła. Życie dopisało niezwykłą pointę do bogatego życiorysu Lilianny Kurzawy. Następnego dnia jej sąsiad Gustaw otrzymał rentę.


Offline
Administrator
matko co to za inteligentna opowieść
Offline